Rozdział 3.

Od zawsze kochająca podróże i poznawanie innych kultur Weronika z fascynacją patrzyła na Bliski Wschód. Orientalne środowisko i niezwykły, tak różny od europejskich język był dla niej wyzwaniem i tajemnicą, które pragnęła zgłębić. Jej znajomi dziwili się kiedy poinformowała ich, że wybiera się na arabistykę. Zarówno jej przyjaciele, koledzy ze szkoły jak i rodzina mieli znikomą wiedzę na temat świata arabskiego i wszystkiego co się z nim wiązało. W kółko powtarzali tylko dwie mantry. Pierwszą z nich usłyszała na rodzinnym przyjęciu od bliżej nieznanego wujka ze strony siostry męża swojego ojca:
- Sprytna dziewucha, zakręci się wkoło jakiegoś bogatego szejka z Dubaju i będzie żyć jak królowa.
Słysząc to później jeszcze wiele razy od postronnych osób zapamiętała przekonanie, że na arabistykę idzie się żeby zdobyć bogatego męża z Dubaju.
Druga rzecz, a w zasadzie osoba, z którą kojarzono Bliski Wschód to Osama bin Laden. Zgodnie z tą wersją arabski był więc językiem terrorystów pochodzących z „Arabii”.
Choć jej wiedza na początku nie była zbyt obszerna, Weronika była daleka od uprzedzeń i postrzegania Arabów przez pryzmat terrorystów, czy „Baśni tysiąca i jednej nocy”.
Początki były trudne – litery nie przypominały żadnych znajomych symboli, gramatyka daleka od szablonowych zasad języków które znała -angielskiego i francuskiego. Nie była najlepsza na roku, ale na szczęście nie była także najgorsza. Patrzyła z lekkim przerażeniem na kolejne nazwiska wykreślane z listy jej roku. Przetrwała pierwszą sesję egzaminacyjną, potem i drugą. Znając już podstawy języka postanowiła wyjechać w wakacje do Afryki Północnej. To była pierwsza tak daleka podróż, w którą zabrała tylko plecak i pozytywne nastawienie. Wiele słyszała o arabskiej gościnności i postanowiła się na nią zdać. Oczywiście większość osób pukała się w czoło słysząc o jej samotnej eskapadzie, ale pierwsze lata 2000 roku choć naznaczone atakami na WTC, w świecie arabskim były raczej spokojne. Region był stabilny, a Europejczycy mogli czuć się bezpiecznie widząc patrole policyjne przechadzające się po ulicach i pilnujące porządku.
Niezrażona krytyką bliższych i dalszych ciotek zapakowała plecak, kupiła tani bilet z Warszawy przez Frankfurt do Marakeszu i poleciała.
Całe trzy miesiące spędziła poznając niezwykłych ludzi i przemierzając kolejne miasta. Autobusami, pociągami, a czasami po prostu autostopem przejechała całe Maroko, Algierię, Libię, Tunezję, Egipt i kolejne państwa Lewantu. Syria i Liban wywarły na niej wielkie wrażenie, ale z całej podróży najbardziej spodobała jej się Algieria. Było w tym kraju coś bliskiego jej sercu. Cieszyła się mogąc sprawdzać w praktyce swoją znajomość arabskiego. Dużym ułatwieniem był francuski, którym posługiwała się płynnie. W większości odwiedzonych przez nią krajów język ten, będący pamiątką dawnego kolonializmu, wciąż stanowił istotny element codziennej komunikacji. Kiedy zbliżał się czas powrotu na uczelnię, wróciła do Polski, ale obiecała sobie, że za rok ponownie wyjedzie i spędzi więcej czasu w Algierii.
Minął kolejny rok akademicki, wakacje w Algierze, potem kolejny rok i znowu wyjazd, tym razem na algierską prowincję, gdzie poznała kolejne dialekty. Postanowiła napisać pracę magisterską na temat różnic w dialektach w Algierii i wpływu jaki wywarł na nie francuski.
Kolejne lata studiów spędziła więc w rozjazdach, skupiona na swoich badaniach żyła w oderwaniu od rzeczywistości swoich rówieśników. Zgłębianie niuansów językowych całkowicie ją pochłonęło. Stała się częścią kraju który badała. Zawsze znalazł się ktoś kto zaoferował jej nocleg lub posiłek, nie musiała martwić się pracą i zarabianiem pieniędzy. Grono jej znajomych wciąż się powiększało – poznała ludzi o różnych poglądach, odmiennych kolorach skóry i wszystkich wyznań. Jednocześnie traciła kolejnych przyjaciół w Polsce. Nie miała dla nich czasu, prowadziła dziwne badania nie mające zastosowania w polskich warunkach. Ludzie nie chcieli wciąż słuchać jej „fanatycznych” poglądów, jak je nazywali. Nudziło ich słuchanie o jej kolejnych przełomowych odkryciach i historie wieśniaków z wiosek których nazw nawet nie byli w stanie powtórzyć. To wszystko co było jej bliskie, im wydawało się nudne, bez znaczenia, a czasem nawet przerażające.
Był luty. Pogoda w Afryce Północnej różniła się nieco od tej europejskiej. Weronika kupiła tani bilet do Warszawy z przesiadką we Frankfurcie. Czekało ją około 15 godzin na lotnisku, w czasie których mogła przyzwyczaić się zarówno do niskiej temperatury i śniegu za oknem jak i do mentalności od której odwykła. Kiedy wsiadała do samolotu na lotnisku w Algierze zerwał się chłodny wiatr, który przeszył ją nieprzyjemnym dreszczem. Poczuła lekki niepokój, jakby ten porywisty wiatr przywołał nieznane lęki. Spojrzała na stojącego przed nią mężczyznę dzierżącego w dłoni nienaturalnych wymiarów torbę. Zastanawiała się, czy jest to torba na szkice lub projekty. Może to obraz na międzynarodową wystawę, a może zarys nowej siedzimy ambasady polskiej w Algierze? Zdała sobie sprawę że wpatruje się w tę torbę dopiero gdy zobaczyła zaciekawiony wzrok mężczyzny. Obrócił się, aby przepuścić ją w drzwiach. Kiedy spojrzała na niego uśmiechał się życzliwie, ale nic nie powiedział. Weszła więc i zatopiła w tłumie kurtek i płaszczy. Po tak długim czasie na pustyni przytłaczała ją ilość barw migających teraz wokół jej głowy. Róże były zbyt różowe, zielenie zbyt intensywne, a kanarkowy żółty do pary z mandarynkowym pomarańczem wręcz raziły w oczy. Samolot wylądował. Ludzie zaczęli przechodzić do podstawionych autobusów, zupełnie inaczej niż na północnoafrykańskich lotniskach, gdzie tłumy wędrują do samolotu po płycie lotniska. Niektórzy pasażerowie musieli zdążyć z przesiadką na inny lot, więc gdy tylko otworzyły się drzwi autobusu zaczęli się przepychać do wyjścia tratując Weronikę. Prawie się przewróciła, ale przed upadkiem uratowała ją męska dłoń, która przytrzymała jej ramię. Odwróciła się. To mężczyzna, który wcześniej ją przepuścił. Miał niezbyt długą, równiutko przyciętą brodę i oczy bardziej niebieskie i bezdenne niż głębia oceanu. Ile mógł mieć lat? Zanim zdążyła się zastanowić usłyszała jego miękki głos:
- Ok?
- Ok, ok. – odpowiedziała szybko i odrobinę speszona wyszła pospiesznie za niebieską puchową kurtką z wielkim płatkiem śniegu naszytym równo pośrodku pleców jednego ze współpasażerów.
Przy taśmie z bagażami kłębili się już ludzie i ciężko było dostać się do własnej walizki. Postanowiła poczekać aż trochę się przerzedzi – i tak miała jeszcze 15 godzin do swojego lotu. Obserwowała ludzi. Zawsze ją to pasjonowało. Zerkała na ich zafrasowane twarze, poobijane walizki i zastanawiała się jaka może być ich historia. Co robili w Afryce, dokąd lecą, czy mają rodziny, gdzie pracują, gdzie się spieszą w zamyśleniu przesuwając palcami po smartfonach. Kiedy wymyślała właśnie historię blondynki w czerwonym płaszczu, której szalik prawie zsunął się na podłogę w ferworze walki z bagażem, zauważyła, że podszedł do niej brodacz z torbą architekta-malarza. Pomógł kobiecie ściągnąć na ziemię torbę. Weronika pomyślała, że jest nienaturalnie miły, że gentlemani wymarli jeszcze przed dinozaurami, a ten jaskiniowiec wyskakuje jak Filip z konopi ze swoimi dobrymi manierami i zawadiackim uśmieszkiem. Co z nim jest nie tak? Może to jakiś podróżnik w czasie a torba wcale nie skrywa jego bazgrołów tylko jakiś przełomowy wynalazek ludzkości? Może to wzór leku na raka, a on niczym posłaniec z zaświatów przyniesie zbawienie i pokój ludziom na całym świecie. Może lata tak z kontynentu na kontynent i szuka kogoś kto mu uwierzy i pomoże w realizacji planu? Z wszechmiaru wizji i rojeń wybudził ją dudniący głos:
- Hi again. Still waiting? Maybe I can help you? [ Witaj ponownie. Nadal czekasz? Może mogę Ci pomóc?].
- Oh, hi. No, not necessarily. I’ll be fine. [Oh, cześć. Nie, nie koniecznie Poradzę sobie].
- I saw you stearing at my bag. Is it so interesting? [Zauważyłem, że wpatrujesz się w moją torbę. Jest taka interesująca?].
- Sorry. I didn’t mean to. It’s just the first time I see such a bag. [ Przepraszam. Nie chciałam. Pierwszy raz taką widzę].
- Ah, it’s for suit. [Ach, to na garnitur].
- Ah, ok. [Acha, dobrze].
- You look dissapointed. [Wyglądasz na zawiedzoną].
-Well… to be honest I thought it’s for paintings or projects. [ Cóż… szczerze powiedziawszy myślałam, że masz w niej obrazy lub projekty].
- I see. So maybe you won’t be so dissapointed if I tell you that indeed I am an architect. [Rozumiem. Może więc nie będziesz taka zawiedziona jeśli Ci powiem że w istocie jestem architektem].
Odwróciła na chwilę głowę w stronę taśmy, na której po raz siódmy mijała Weronikę jej walizka. Mężczyzna zauważył jej wzrok i zapytał:
-Is it yours? [To twoja]
Skinęła głową na potwierdzenie a on błyskawicznym ruchem znalazła się przy taśmie i zdjął z niej energicznie przeładowaną walizkę.
Pomyślała, że skoro ma już swój bagaż a on jeszcze nie, to idealna sytuacja żeby uciec i zaszyć się gdzieś w czeluściach frankfurckiego lotniska z własnymi myślami. Rozmowa była miła a mężczyzna całkiem sympatyczny, ale odzwyczaiła się od tego typu kontaktów. Ludzie z którymi rozmawiała w Algierii byli albo obiektami badań, albo podopiecznymi wymagającymi pomocy i opieki. Do tego jeszcze bariera językowa i dyskomfort w używaniu angielskiego, który leżał od dłuższego czasu odłogiem na najdalszej półce jej pamięci. Już miała się pożegnać i odwrócić na pięcie, kiedy niebieskooki znowu zadał pytanie:
- Where are you from? [Skąd jesteś?].
- Yyy… - Weronika zawahała się. Wiedziała jak odpowiedzieć na to proste pytanie, ale nie wiedziała czy chce na nie odpowiadać.
Widząc jej wahanie i zaniepokojenie rzucił szybko:
- I’m Grzegorz. I’m from Poland. Forgive if I was too nosy. [ Jestem Grzegorz. Pochodzę z Polski. Wybacz jeśli byłem zbyt ciekawski].
Jego wyznanie trochę ją uspokoiło i dodało pewności siebie.
- Zabawne, ja także pochodzę z Polski. Jestem Weronika. Widzę, że chyba tym razem ja rozczarowałam Ciebie. – odpowiedziała komentując jednocześnie wyraz zdziwienia jaki odmalował się na jego twarzy.
- Doprawdy? Dałbym sobie rękę uciąć, że pochodzisz z jakiegoś orientalnego bliskowschodniego lub północnoafrykańskiego kraju.
- To dla mnie komplement. Tyle czasu spędziłam w Algierii, że już nawet upodobniłam się do jego rodzimych mieszkańców.
- Zaciekawiłaś mnie. Jeśli to nie zbyt natarczywe z mojej strony, w końcu dopiero się poznaliśmy, może pozwolisz zaprosić się na kawę? Mój lot jest dopiero za około piętnaście godzin. Jeśli poświęcisz mi choć jedną setną tego czasu, będę niewymownie wdzięczny.
Zbita z tropu, ale też pozytywnie zaskoczona Weronika zgodziła się. Nie spodziewała się, że te niewiele znaczące 15 minut przy kawie zmienią się w 15 godzin dzielących ich oboje od lotu do Warszawy. Rozmawiali bez przerwy przez cały ten czas, a wieża z papierowych kubków na ich stoliku była coraz wyższa. Śmiali się lub dyskutowali w przejęciu wymieniając spostrzeżenia na tematy bliskie ich sercom. Widziała pasję w jego nieprzyzwoicie niebieskich oczach, a on wpatrywał się w jej czarne. Wstali dopiero kiedy zapowiedziano ich lot i poproszono o zgłoszenie się do odprawy biletowej. Weronika rozejrzała się i dostrzegła śpiących na ławeczkach ludzi, wspartych na neseserach i plecakach. Rozmawiali całą noc. Uświadomili jej to wybudzający się z przerywanego snu ludzie i odgłos jej własnych kiszek grających marsza. Podeszli do bramki, a potem weszli przez rękaw na pokład samolotu.
- Miłej podróży i do zobaczenia w Warszawie – rzuciła i usiadła na swoim miejscu.
Siedzieli daleko od siebie. Kiedy samolot wystartował i wyłączył się sygnał „zapnij pasy” usłyszała nagle:
- Pomyślałem, że zgłodniałaś. Nie wiedziałem jakie lubisz kanapki więc wziąłem kilka różnych.
Zobaczyła go stojącego tuż za nią ze stosem bułek wszelkich rodzajów i kształtów zapakowanych w folię. Chciała podziękować i odmówić, ale burczący brzuch przypomniał jej, że nie jadła od dwudziestu godzin.
- Dziękuję. Wezmę z serem. Nie trzeba było.
- To nic wielkiego. Zagadałem Cię i przeze mnie nie miałaś czasu zjeść. Musiałem Ci to wynagrodzić.

Komentarze